- Muszę odpocząć
- Jużeś zmęczony?
- Mam prawie trzydzieści lat. Musze odpocząć.
- Weź urlop. Odpocznij.
Lord Spott poszedł na urlop. Był zmęczony. Męczył się. Nie mniej niż Xenka, która codziennie musiała robić śniadanie kartą kredytową. To było zaskakujące.
- To jest zaskakujące – stwierdziła Blacky, gdy się dowiedziała – Że jak kartą?
- Normalnie – odparła Xenka – Nic w tym dziwnego.
Xenka wiedziała co robi. Robienie śniadania kartą kredytową Viza Conditorei und Coppenrath – bezcenne.
- No, najpierw kupujesz kajzerki.
- W sklepie.
- Najlepiej. Potem kupujesz margarynę Niesamowitę.
- Niesamowitą.
- Niesamowitę. I Żywiecką. Na górę. Ale najpierw smarujesz bułkę Niesamowitą kartą.
- Niesamowitą kartą.
- Nie. Bułkę kartą. Z Niesamowitą. No, jak nożem. Kartą jak nożem, z margaryną, bułkę. Kąsasz fabułę?
- Chyba kąsam bułkę?
- Nie, to potem. Najpierw smarujesz. Czujesz?
Blacky nie czuła. Nie kąsała jak smarować bułkę Niesamowitą kartą. W sumie, to była Xenki sprawa. Byle się najadła. A Xenka znała wiele takich patentów. Leszko twierdził, że zna ich więcej. I że coś mu to przypomina.
- Przypomina mi to, jak pracowałem w Mafii Konserwowej. Tam też trzeba było posmarować. Bo bez tego to ni kuta. Nie pojedziesz. Wszystko już ustawione od dawna. Rozumiesz? – rozpoczął Leszko.
Yorick był w pobliżu i rozumiał. Że będzie kolejny wykład.
- Wszystko, już ustawione od dawna, rozumiesz. Ja mówię, zróbmy coś. Ale nie. Ten tamtemu, a tamten temu. Albo jak pracowałem przy remontach. To ja mówię, zróbmy coś, coś takiego, że kapcie, rozumiesz?
- Rozumiem. Kapcie – przytaknął Yorick.
- Rozumiesz, spadną. Ale nie. Bo tego noga. A tego głowa. A że poniedziałek. A że środa. I ni kuta, rozumiesz.
- Ni kuta rozumiem.
- Albo jak pracowałem, rozumiesz, w ubezpieczalni. Wystarczył jeden podpis. Rozumiesz?
- Rozumiem. Podpis.
- Tylko jeden jedyny. Jedyny samiusieńki podpis. I cały stadion ubezpieczony. I grube miliony. Miliony, rozumiesz?
- Miliony.
- Więc, ja mówię. Zróbmy coś. Rozumiesz. No, ale nie. Że ten nie teges. A że tamten nie bardzo. No i dupa z tyłu, rozumiesz. Całe życie z wariatami.
Leszko, zadumał się na moment, jakby szukając następnej synapsy, która powiedzie go ku kolejnej historii jego życia. Yorick wykorzystał ten moment.
- Ja na chwilę wyjdę, zaraz wracam. Zabucham.
- Zabuchaj. To mi coś przypomina – zaczął Leszko – To mi przypomina jak pracowałem w Radomiu przy produkcji tytoniu. Tam pełno maszyn było. Kupili mnóstwo maszyn do produkcji. Ale rozumiesz, to była przykrywka. Tylko przykrywka, rozumiesz?
- Ten temu a tamten tamtemu – westchnął Yorick.
- Dokładnie tak. Ten tamtemu a tamten temu. To była przykrywka. I pod tą przykrywką gotowali obiady dla studentów. A jakie dobre! No, mówię ci. Z warzywami. Palce lizać. Więc ja mówię, zróbmy coś. Coś takiego, że rozumiesz.
- Kapcie.
- Kapcie rozumiesz. Ale nie, bo tego noga. A tamtego głowa. A że czwartek, a że niedziela. I ni kuta, rozumiesz.
- Ni kuta, rozumiem. Leszko, a ty masz dzieci? – zaczął Yorick z innej mańki.
- Czy mam dzieci?
- Tak, czy masz dzieci?
- To mi przypomina, jak jadę przez małe miejscowości, rozumiesz. Jak przez nie jadę, to szastam cukierkami, rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem.
- Przez miejscowości, rozumiesz, jadę. I rzucam cukierki przez okno.
- Nooo i…?
- I moje dzieci też się najedzą, jak złapią, rozumiesz? – tu Leszko łypnął filuternie okiem.
Yorick zrozumiał i zamilkł.
No w sumie, jo. Handel cukierkami w małych miejscowościach mógł być słaby. Trza by posmarować. Żeby pojechać.
- Oooo, tatuś przejeżdża! – krzyczały głośno dzieci w małych miejscowościach.
- Dokładnie tak, moje smyki – mawiał Leszko i szastał cukierkami przez okno.
- Ma się ten czar. Ma się ten gest – przyznał Yorick.
- No to zróbmy coś – zaczął Leszko z innej beczki.
- A nie, ja nie teges.


