Pod przykrywką

23 marca 2012

Skomentuj

- Muszę odpocząć

- Jużeś zmęczony?

- Mam prawie trzydzieści lat. Musze odpocząć.

- Weź urlop. Odpocznij.

Lord Spott poszedł na urlop. Był zmęczony. Męczył się. Nie mniej niż Xenka, która codziennie musiała robić śniadanie kartą kredytową. To było zaskakujące.

- To jest zaskakujące – stwierdziła Blacky, gdy się dowiedziała – Że jak kartą?

- Normalnie – odparła Xenka – Nic w tym dziwnego.

Xenka wiedziała co robi. Robienie śniadania kartą kredytową Viza Conditorei und Coppenrath – bezcenne.

- No, najpierw kupujesz kajzerki.

- W sklepie.

- Najlepiej. Potem kupujesz margarynę Niesamowitę.

- Niesamowitą.

- Niesamowitę. I Żywiecką. Na górę. Ale najpierw smarujesz bułkę Niesamowitą kartą.

- Niesamowitą kartą.

- Nie. Bułkę kartą. Z Niesamowitą. No, jak nożem. Kartą jak nożem, z margaryną, bułkę. Kąsasz fabułę?

- Chyba kąsam bułkę?

- Nie, to potem. Najpierw smarujesz. Czujesz?

Blacky nie czuła. Nie kąsała jak smarować bułkę Niesamowitą kartą. W sumie, to była Xenki sprawa. Byle się najadła. A Xenka znała wiele takich patentów. Leszko twierdził, że zna ich więcej. I że coś mu to przypomina.

- Przypomina mi to, jak pracowałem w Mafii Konserwowej. Tam też trzeba było posmarować. Bo bez tego to ni kuta. Nie pojedziesz. Wszystko już ustawione od dawna. Rozumiesz? – rozpoczął Leszko.

Yorick był w pobliżu i rozumiał. Że będzie kolejny wykład.

- Wszystko, już ustawione od dawna, rozumiesz. Ja mówię, zróbmy coś. Ale nie. Ten tamtemu, a tamten temu. Albo jak pracowałem przy remontach. To ja mówię, zróbmy coś, coś takiego, że kapcie, rozumiesz?

- Rozumiem. Kapcie – przytaknął Yorick.

- Rozumiesz, spadną. Ale nie. Bo tego noga. A tego głowa. A że poniedziałek. A że środa. I ni kuta, rozumiesz.

- Ni kuta rozumiem.

- Albo jak pracowałem, rozumiesz, w ubezpieczalni. Wystarczył jeden podpis. Rozumiesz?

- Rozumiem. Podpis.

- Tylko jeden jedyny. Jedyny samiusieńki podpis. I cały stadion ubezpieczony. I grube miliony. Miliony, rozumiesz?

- Miliony.

- Więc, ja mówię. Zróbmy coś. Rozumiesz. No, ale nie. Że ten nie teges. A że tamten nie bardzo. No i dupa z tyłu, rozumiesz. Całe życie z wariatami.

Leszko, zadumał się na moment, jakby szukając następnej synapsy, która powiedzie go ku kolejnej historii jego życia. Yorick wykorzystał ten moment.

- Ja na chwilę wyjdę, zaraz wracam. Zabucham.

- Zabuchaj. To mi coś przypomina – zaczął Leszko – To mi przypomina jak pracowałem w Radomiu przy produkcji tytoniu. Tam pełno maszyn było. Kupili mnóstwo maszyn do produkcji. Ale rozumiesz, to była przykrywka. Tylko przykrywka, rozumiesz?

- Ten temu a tamten tamtemu – westchnął Yorick.

- Dokładnie tak. Ten tamtemu a tamten temu. To była przykrywka. I pod tą przykrywką gotowali obiady dla studentów. A jakie dobre! No, mówię ci. Z warzywami. Palce lizać. Więc ja mówię, zróbmy coś. Coś takiego, że rozumiesz.

- Kapcie.

- Kapcie rozumiesz. Ale nie, bo tego noga. A tamtego głowa. A że czwartek, a że niedziela. I ni kuta, rozumiesz.

- Ni kuta, rozumiem. Leszko, a ty masz dzieci? – zaczął Yorick z innej mańki.

- Czy mam dzieci?

- Tak, czy masz dzieci?

- To mi przypomina, jak jadę przez małe miejscowości, rozumiesz. Jak przez nie jadę, to szastam cukierkami, rozumiesz?

- Nie, nie rozumiem.

- Przez miejscowości, rozumiesz, jadę. I rzucam cukierki przez okno.

- Nooo i…?

- I moje dzieci też się najedzą, jak złapią, rozumiesz? – tu Leszko łypnął filuternie okiem.

Yorick zrozumiał i zamilkł.

No w sumie, jo. Handel cukierkami w małych miejscowościach mógł być słaby. Trza by posmarować. Żeby pojechać.

- Oooo, tatuś przejeżdża! – krzyczały głośno dzieci w małych miejscowościach.

- Dokładnie tak, moje smyki – mawiał Leszko i szastał cukierkami przez okno.

- Ma się ten czar. Ma się ten gest – przyznał Yorick.

- No to zróbmy coś – zaczął Leszko z innej beczki.

- A nie, ja nie teges.

Share to Google Plus

Jak u Stallone

15 marca 2012

Skomentuj

- Tu Xenka. Klient #0012-47, jak mnie słyszysz? Odbiór.

- Witaj Xenka, słyszę cię bardzo dobrze. Odbiór.

- Klient #0012-47, maczety Olsztyn Kocham są do odbioru. Faktura. Odbiór.

- Xenka, jak odbiór to odbiór. Już idę, już płacę, odbiór.

Mamy nową koleżankę w pracy. Xenka jest specjalistką. Po trudnych i wymagających studiach wojskowych na Wydziale Marketingu Podwodnego oraz Studiach Podyplomowych Uzupełniających na kierunku Reklamowania Wszelkich Urządzeń Pływających bez Najmniejszego Problemu zawitała do Pewnej Agencji Reklamowej.

Od razu dostała robotę. W latarnii morskiej nad jeziorem Krzywym. Marketing nawodny. Marketing podwodny.

- Tu Xenka. Klient #0034-85, maczety Olsztyn Kocham do odbioru. Odbiór.

- No i co ty znowu chrzanisz, Yorick, ha? Opowieści dziwnej treści?

Lord Spott niedowierzał. Yorick miał dar opowiadania, niemniej był w stanie tak dobarwić, że aż wierzyć się nie chciało.

- No mówię Wam, ona tam siedzi w tej latarni… – tłumaczył się Yorick.

- … i sprzedaje te maczety, tak? No bzdura, man. Bzdura na bzdurze. Nie wierzę.

- No autentycznie. W bikini. Marketing podwodny, Spott. Sam widziałem.

- Durnyś jak but.

- Właśnie, man – Jin wziął stronę Lorda – Ona ma punkt na Zatorzu. Toruńska 1A.

- W życiu – zapierał się Yorick – Nad Krzywym w latarnii.

- I nie maczety, tylko gadżety, głąbie.

Yorick zamilkł. Obraził się. Nie powiem już nic. Nawet tego, że mamy też drugiego nowego pracownika. Że ma na imię Leszko, że z nami pracuje od niedługiego czasu. I że on odbywał wcześniej dalekomorskie podróże. Że był na statkach. I widział takie rzeczy, że chłopakom kapcie by spadły. Ale kogo, kurna, to obchodzi?

Że widział miliard biedronek na niebie gdzieś koło Półwyspu Indyjskiego. I że o mały włos zatopiłyby statek. Gdyby usiadły odpocząć. Gdyby nie dzielna postawa marynarzy i Muchozol, który skutecznie odstraszył owady.

Ale, do cholery, kogo to tak naprawdę obchodzi? Chłopaki nie chcą wierzyć, to nie. Chłopaki nie lubią latarni, to nie. Nie lubią statków, to nie. Łaski bez. Sami się przekonają, jak tylko Xenka i Leszko wyprowadzą ich z błędu.

- Jak było u Stallone, Yorick?

- Że masz nie konfabulować, tak?

Spott i Jin musieli prostować kolegę.

- Ale o co chodzi? Sami się przekonacie.

- Chyba cię biedronka opuściła, bracie. Weź urlop, odpocznij trochę.

- Wziąłem. Odpocząłem trochę.

- Ale wiesz, tak odpocznij odpocznij.

- Do kina pójdź.

- Byłem – bronił się Yorick.

- To pójdź jeszcze raz.

- Już zamknięte.

- A w sobotę?

- W sobotę nie mam czasu. Może w przyszłym tygodniu. Zależy czy będzie jak.

- Co mamy w przyszłym tygodniu? – spytał Jin Lorda.

- Piątek i sobotę.

- Dobra, Yorick. To się zgadamy, nie? Ustawmy się wstępnie pod kinem.

- OK. Puść strzała, jak tam będziesz. Ja załatwię bilety.

- Ale pamiętaj. Jak było u Stallone.

- OK. Jak u Stallone.

Po czym cała trójka rozeszła się do swoich zajęć. Był to czwartek w Pewnej Agencji Reklamowej. Przed nami jeszcze dwa dni pracy. I zasłużony odpoczynek w domach. A w przyszłym tygodniu chyba trzeba będzie do kina, na seans. Jak u Stallone.

Xenka miała lepiej. Miała telewizor w latarnii.

Share to Google Plus

Blacky znalazła zlecenie. Ten dzień był niby zwykłym dniem. Początkowo płynął normalnie i nic nie wskazywało na to, że coś to zmieni.

Jednakże tego dnia Blacky znalazła zlecenie.

Leżało pod biurkiem.

- Spott, klientka się domaga – Blacky podniosła papier i zwróciła się do Lorda.

- Czegóż tą razą? – Spott dopiero dokładnie przetarł swoje poranne poniedziałkowe oczy.

- Ma być zdjęcie francuskiego zestawu śniadaniowego.

- Z menu pod spodem?

- Nie, na górze.

- Zdjęcie francuskiego zestawu śniadaniowego z menu na górze.

- Zgadza się – potwierdziła Blacky.

- Dobra, to jadę.

Spott zabrał aparat fotograficzny wsiadł w samochód i pojechał na dworzec. Na dworcu kupił bilet kolejowy do Paryża. Wsiadł do pociągu i dojechał na miejsce jeszcze tego samego dnia wieczorem.

Nabył oryginalny, natywny zestaw śniadaniowy, wszedł na najbliższą górę, położył menu obok zestawu i zrobił zdjęcie.

Następnego dnia Blacky otrzymała na maila rzeczone foto, a Yorick kartkę pocztową z Paryża z pozdrowieniami. Zaczęliśmy wyczekiwać powrotu Spotta.

Czekaliśmy cały dzień. Potem drugi cały dzień. I trzeci. Minął tydzień, minęły dwa tygodnie. Lorda jak nie było, tak nie było.

Jin zaczął domniemywać.

- Przestań domniemywać – rzucił ostro Yorick gdy tylko się zorientował co wyprawia Jin.

- A jeśli…

- Mówię ci, przestań!

Jin zamilkł i wyszedł. Yorick wiedział, że poszedł domniemywać po cichu w kącie.

Blacky i Szymon trzymali fason. Szymon nawet twierdził, że Spott zaraz będzie, tylko musiał na chwilę wyjść.

- On pewnie zaraz będzie, wyszedł na chwilę.

Wyluzowanie Szymona nie znało granic. Blacky natomiast robiła dobrą minę, Yorick podejrzewał jednak, że pochlipuje po kątach.

Wreszcie po 16 dniach Spott dał znak życia. Dostaliśmy drugą kartkę pocztową.

Na kartce stało napisane:

Drodzy, zobaczyć Paryż i umrzeć!
Pozdro600
L. Spott

Blacky po przeczytaniu wybuchła płaczem. Szymon zrobił niewyraźną minę. Jin i Yorick wpadli w ponurą zadumę.

Z tego stanu wyrwała ich trzecia kartka pocztowa, która nadeszła zaraz potem. Jej treść głosiła:

Oj sorry, błąd! Ujrzeć, ujrzeć!
Miało być ujrzeć!
Pozdro600
L. Spott

- Czy on może się wreszcie określić? – wycedził ponuro Szymon niskim nosowym głosem, który nie wróżył nic dobrego.

- Nie znasz Spotta!? – krzyknęła Blacky – On żyje, on żyje! We Francji! W Paryżu! Przecież zawsze o tym marzył!

Dokładnie tak, maleńka. Iks De.
Pozdro600
L. Spott

- Jakie znowu Iks De!? – spytał nerwowo Jin.
- xD, Jin, xD – wyjaśnił spokojnie Yorick.

Share to Google Plus

- Nie, słowo „strzygąc” się nie nadaje. Za długie, proszę Pana.

- Strzyc? Tak, strzyc jest lepsze.

- Innowacyjność? A jakieś inne? Owacyjność? Owocowość? To drugie lepsze.

- 20 milimetrów. Tak, ma pan 20 milimetrów na całe słowo. Duża litera nie może mieć więcej niż 7 milimetrów wysokości.

- Nie, na „J” lepiej nie. Lepiej niech się zaczyna na „W” albo „O”.

- Tak, dobrze. To prosimy o ponowny kontakt.

Jin odłożył słuchawkę. Spott słuchał całej rozmowy z zaciekawieniem.

- I co? Zmieści się? – spytał Lord.

- Klient pracuje nad tym. Weź zmierz drugi akapit.

- Daj suwmiarkę.

Lord przyłożył suwmiarkę do monitora LCD. Drugi akapit pierwszej strony katalogu klienta miał mieć 2 cm szerokości i 3 cm wysokości.

- 20 milimetrów na 30.

- Będzie chciał jeszcze zmieścić tam takie słowa jak „krzaczasty” i „obcinawszy”.

- A jaka to branża?

- Fryzjerstwo nocne. Gabinet otwarty w nocy, między godziną 22 a 5 rano.

- Aaa, fryzjer nocny, tak?

- Ta. Wiesz, ten nowy trend ostatnio. Strzyżenie w późnych godzinach. Ludzie idą na to.

- No dobra. Krzaczasty wejdzie. Ale z obcinawszy będzie problem. Za krótkie.

- To może zamieńmy na „obstrzyżywszy”. Ciut dłuższe.

- No, już lepiej – Spott był zadowolony – Będzie to wyglądać. Dobra, to fryzjer wstępnie ogarnięty. Kogo tam dalej mamy?

- Piłkarzy – Jin zajrzał do swoich notatek.

- Skąd?

- Z Wybrzeża Kości Łonowej.

- A, nie. Ich to później. Zdrożni są. Następny?

- Zjadacze węży. Orientalni magicy.

- Zjadacze węży? Oszołomy jakieś?

- Czekaj, chyba źle ich zanotowałem.

- Bo masz bajzel na biurku. Zrobić ci porządek? – spytał ostro Lord.

Jin zamilkł. W ustach Spotta zabrzmiało to mocno. Jin wolał nie wchodzić z nim w paradę. Na wspomnienie o ostatnim porządkowaniu dostawał gęsiej skórki.

- Dostaję gęsiej skórki jak to mówisz, Spott. Zluzuj.

- A co? Myślisz, że tego nie zrobię? – zapytał Spott ironicznie.

- Proszę cię, nie zaczynaj.

- Że nie położę tej twojej kartki razem ze wszystkimi na kupce!?

- Spott, błagam….

- I że ten długopis co leży z brzegu, to ja go nie wsadzę…

- Spott!

- … ci do kubeczka obok ołówka? I że nie posortuję ci tych fiszek?

- Aaa….

- W porządku malejącym, alfabetycznie…

- Niee….

- … biorąc pod uwagę pierwszą literę i kolor karteczki?

- Sadysta! – wrzasnął Jin.

- Chłopaki, nie krzyczcie tak, klient przyszedł – Blacky weszła do pokoju.

- Kto?

- Jacyś piłkarze. Chcą pieczątkę.

- Ci z Wybrzeża Kości Słoniowej?

- Łonowej.

- Powiedz, niech przyniosą logo w wektorach.

Blacky poszła do piłkarzy z wiadomością. Po chwili wróciła.

- Oni mówią, że logo ich reprezentacji da się ściągnąć z netu. Że dużo tego jest w Internecie.

- W wektorach?

Blacky znów wyszła do piłkarzy. Wróciła po chwili.

- Oni mówią, że też.

- A to reprezentacja damska?

Blacky znów wyszła i wróciła.

- Mieszana.

- Dobra, to znajdę w necie.

- I chcą mieć na pieczątce słowa „zwodząc”, „odbijawszy” oraz zdanie „nic się nie stało, Wybrzeżanie Kości, nic się nie stało”. A, i pytają czy im się zmieści.

Lord westchnął ciężko.

- Daj suwmiarkę.

Share to Google Plus

- Kitraj.

- Ty kitraj.

Spott nie chciał za nic dopuścić do siebie myśli na co im przyszło. Yorick natomiast miał ręce pełne własnej roboty. Gdyby nie to, że Spott wyraźnie go poprosił, nie dotknąłby się tego.

- Kitraj ty. W lewo.

- W lewo? Nie. W prawo. Dokoła. Kitraj w prawo.

Jak na złość, ostatnio spadło dużo śniegu i było sporo na minusie. Ziema była zmarznięta. Ten fakt utrudniał robotę.

- Jak tam chłopaki? – spytał Jin, gdy wszedł do kuchni.

- Dają radę – odparła Blacky znad dymiącego kubka z kawą, stojąc przy oknie i oglądając całą sytuację.

- A czemu Yorick bez szalika?

- Spott ma dwa na sobie.

- Patrz jaki czerwony. Wściekły jak osa.

Z podwórka dochodziły pojedyncze okrzyki.

- Gdzie kitrasz?

- Tu kitram. A gdzie?

- Tam, Yorick, tam kitramy, nie tu.

- O ja pieprzę.

Urzędnicy mieli niedługo nadlecieć. Nie było co liczyć na opóźnienia w rozkładzie lotu. Wszyscy wyczekiwaliśmy chrobotu na niebie.

- Słyszysz? – Spott nagle wyprostował się i nadstawił ucha.

- Co? – Yorick wstrzymał oddech – Oni?

- Słyszysz? – upewniał się Spott – Takie trrrtttrtrtrrtrr.

- Czekaj – Yorick odłożył łopatę i wysilił słuch.

- Nie. To samochód. Kitraj – Spott chwycił łopatę i wrócił do czynności.

Jin z Blacky przyglądali się temu ze współczuciem.

- A gdzie jest Szymon? – spytała Blacky.

- Po drugiej stronie budynku, udaje księżniczkę – Jin w duchu cieszył się, że nie musi uczestniczyć w retuszu.

- O ja pieprzę – westchnęła Blacky – A wszystko przez te Layery i Darmowe Stocki. Pomyśl, gdyby tylko zechcieli się ich nauczyć…

- Nic nie mów.

- A nie próbowałeś Im wyjaśnić?

- Próbowałem, wysłałem nawet tutorial.

- I nic?

- Podobno mają na ruterze wycięte wszystkie strony z tutorialami czy jakoś tak.

- Cały Urząd?

- Prawdopodobnie całe Miasto.

- Żartujesz?

- Nie. Bardzo możliwe, że całe Miasto nie ma dostępu do tego tutoriala. W tym Oni.

- Dobra, Yorick – Lord Spott odzyskiwał powoli swój lordowski majestat widząc rychły koniec roboty – Teraz ty z tamtej strony a ja z tej i spotykamy się w środku, kumasz?

- Łączymy? – kumał Yorick.

- Tak jest! Łączymy. Kop stamtąd.

Łączenie dookólnego rowu miało zwieńczyć dzieło. Fosa miała metr szerokości i półtora głębokości.

- Myślisz, że będzie widać? – Yorick musiał zawsze mieć wątpliwości.

- Jak nie jak tak – rzekł nagle Szymon z góry – Będzie zajebiście.

- Szymon! – krzyknął Lord – Jak tam? Machasz? Pokaż jak machasz?

- Patrz – Szymon zamachał chusteczką z okna pierwszego piętra – Nieźle, nie?

Lord już chciał odkrzyknąć „zajebiście!” ale nagle na niebie dało się usłyszeć pomruk.

- Lecą! – wrzasnął Spott – Yorick, kop!

Pomruk narastał. Po paru chwilach zza chmur, wysoko na niebie ujrzeliśmy samolot. W samolocie siedzieli Oni.

- Złączmy i puśćmy już wodę!

- Szymon, machaj! – rzucił Yorick, by Szymon zaczął machać chusteczką.

Rumor był już nad nimi.

- Są tuż nad nami! – wrzasnął Spott.

Fosa była prawie ukończona, wystarczyło puścić wodę. Szymon w welonie zawzięcie machał chusteczką. Całość roboty była prawie domknięta.

Nagle z samolotu, który przelatywał centralnie nad Naszą Firmą, dało się słyszeć: „pstryk!”. Następnie samolot odleciał tak szybko, jak się pojawił.

I tylko ten mail, który został. Który był przyczyną całego przedsięwzięcia:

„Witam,
w odpowiedzi na pierwszy email, w którym jasno zaznaczyłam, że chodzi nam o dobro Państwa Firmy. W odpowiedzi, w której zaznaczyłam, że szykujemy Folder Naszego Miasta i chcemy tam umieścić zdjęcie Państwa Firmy. Zaznaczam, że będzie to zdjęcie lotnicze. Jednakże, ponieważ Folder będzie utrzymany w klimacie drugiej połowy XIV wieku. Ponieważ będzie on tak utrzymany, jak już zdążyłam zaznaczyć i ponieważ Nasz Grafik nie ma obowiązku korzystać w Photoshopie z, jak się to Państwo raczyli wyrazić, Layerów i Darmowych Stocków, proszę o to, co zaznaczę w następnym akapicie.

Bardzo proszę o ustylizowanie Państwa Pewnej Agencji Reklamowej do zdjęcia lotniczego do Naszego Folderu na klimat drugiej połowy XIV wieku. Będziemy przelatywać o 13.13.

Z poważaniem
Wasi Urzędnicy”

Share to Google Plus

Wywiad

10 lutego 2012

4 komentarzy

- Blacky, ty się wspinasz, nie?

Yorick rzucił nerwowo spojrzenie na koleżankę wraz z pytaniem.

- W sensie? – odparła Blacky.

- No wiesz, na góry.

- Chodzi ci o skałki? – uśmiechnęła się.

- Tak, skałki, górki, góry… Hale… Wiesz, cały ten bajzel.

- No, czasem wejdę to tu, to tam. Lubię się wspinać. Taki sport.

- Świetnie.

- A co?

- No bo chciałbym z Tobą zrobić wywiad.

- Wywiad? O skałkach? Ze mną?

- Tak. Spott dał mi polecenie. Muszę zrobić wywiad o wspinaczce górskiej i wysłać do gazet.

- A co ty, dziennikarz, czy co?

- No właśnie nie bardzo ale wiesz… Lord dał polecenie. Muszę, jak się wyraził, koniecznie przedstawić gazetom jak się wchodzi na hale.

- Koniecznie przedstawić gazetom jak się wchodzi na hale… – zamyśliła się Blacky.

- To trudne?

- Rzadko wchodzę na hale, ale zdarza się…

- Tam wieje halny, nie?

- Wieje.

- I siedzi baca?

- O, ze dwóch lub nawet trzech.

- Obok siebie?

- Nie, zazwyczaj w oddaleniu.

- A dookoła stada owiec?

- … i owczarki – Blacky znów się rozmarzyła.

- Rozumiem.

Yorick zrozumiał. Miał już pierwsze informacje. Dzięki Bogu Blacky wiedziała jak się wchodzi na hale. Pokusił się o wydobycie dalszych szczegółów.

- A jak konkretnie się wchodzi?

- Nooo…. bierzesz stopa.

- Biorę stopę – zanotował Yorick.

- Nie, nie. Autostopa.

- A! – Yorick skreślił.

- I jedziesz w góry.

- Jadę w góry.

- Rozbijasz namiot.

- Namiot.

- Pod halami.

- Halami.

- A potem stawiasz pierwszy krok, chwytasz się rękami szczelin i wypukłości i wspinasz się powolutku.

- Pukłości – notował Yorick.

- I za pół godziny jesteś na halach. Kropka.

- Na halach i kropka – Yorick był szczęśliwy, miał cały wywiad – Dobra, dzięki. Idę to przepisać i wysyłam do gazet.

Gdy usiadł na swoim stanowisku, zaczął kompletować tekst.

- Jeszcze tylko zmienię czcionkę na Trebuchet, trochę tabulacji, dodam pogrubienie tu i tam… – robota paliła mu się w rękach.

Po kilkunastu minutach specjalnych zabiegów wywiad był gotowy.

- No. To teraz wysyłamy.

Co do gazet, miał dwa główne typy. Po pierwsze „Życie na bieżąco”.

Już widział okładkę tego poczytnego periodyku, na niej wielki napis: „Wspinaczka na hale, Novi wyjaśniają nieznane dotąd szczegóły. Czytaj, str. 11.”.

Albo:

„Blacky szczerze o zdobywaniu szczytów hal. Novi w górskim natarciu. Czytaj, str. 11.”.

Albo:

„Wespne, wespne i odetchne. Czytaj o szczytach. Pewna Agencja Reklamowa o swoich tajemnicach i kontaktach z górską zwierzyną hodowlaną. Czytaj, str 11.”.

Ach, pomysłom nie było końca. Cóż za temat! Cóż za temat tygodnia! Albo nawet miesiąca!

Drugi typ to „Odgłos Pręgierza”. Ta lokalna gazetka miała liczne grono odbiorców. Należeli do nich między innymi decydenci z naszych okolic, w tym urzędnicy z Urzędu Do Spraw Przyjaznego Kontaktu Z Firmami Zewnętrznymi Oraz Gładkiego Prowadzenia Przetargów Bez Lipy, którym Yorick koniecznie chciał zaimponować.

- Będą w szoku, że hej! – mruknął z zadowoleniem pod nosem.

Znalazł adresy emailowe tych wybranych wydawnictw. Napisał wiadomość, dodał pokaźny załącznik w postaci wywiadu i kliknął „Wyślij”.

- Yorick, i co? Nadaje się? – pojawiła się Blacky.

- Wywiad rzeka. Albo nawet ocean – uśmiechnął się Yorick – Właśnie wysłałem do gazet.

- Myślisz, że Spott będzie zadowolony?

- Jestem pewien.

- Słuchaj, a jesteś pewien, że chodzi o hale?

- Tak napisał Spott.

- Bo wiesz, hala to generalnie łąka w górach. Sprawdziłam w Wikipedii. Ja się jednak chyba nie wspinam na hale. Na skałki tak. Ale nie na hale.

- O czym ty mówisz?

- No, na hale raczej nie.

- Ale ja już wysłałem wywiad!

- Sprawdź, czego naprawdę chciał Spott.

Spott był na urlopie niemniej starał się uczestniczyć w życiu firmy zdalnie. Yorick otworzył wczorajszego maila od niego.

Blacky pochyliła się nad monitorem. Przeczytali wiadomość powoli. Spott pisał:

Yorick,
Musisz koniecznie przestawić kaseton, jak się wchodzi na halę. Przeszkadza.
Pozdro600

Share to Google Plus

Yorick niewiele wiedział o Kserksesie. Że król perski. Że syn Dariusza I. Że chciał podbić starożytną Grecję. Nic ponadto.

Potrafił sobie wyobrazić tego wodza jak jechał na koniu na czele swojej armii lub płynął w łódce na czele swojej floty. Potrafił oczami wyobraźni zobaczyć jak walczył za pomocą swojego miecza i otrzymywał ciosy na swoją zbroję. Yorick dużo potrafił.

Za Chiny Ludowe nie był jednak w stanie wyobrazić sobie jak Kserkses drukował na swojej drukarce.

Machnij to dwa razy na Kserksesie i wyślij faxem – brzmiała komenda Lorda Spotta.

Lord zaraz potem poszedł na trzydniowy wypoczynek. Nie było żadnych bardziej szczegółowych wytycznych.

Wikipedia niewiele mówiła na temat tego typu drukarki. Na forach też mało o tym pisali. Że miała pięć tray’ów i serwis w Babilonii. Nic ponadto. Yorick był w kropce.

Wyszedł więc za osławiony węgieł budynku Pewnej Agencji Reklamowej ze swoim zielonym PrinsPolo w wersji EKO. Rozgryzł wafla i zadumał się w dal…

Jin tego dnia zobaczył fakturę. Niby zwykły był to dzień. Kolejna środa po wtorku. Jednakże z powodu faktury dla Jina był niemałym świętem. Jej widok tak go przejął, że z miejsca owinął się streczem, zabezpieczył pasami mocującymi i wysłał sam siebie ciężarówką firmy spedycyjnej w dół rzeki.

Gdy dotarł na miejsce, u brzegów Nilu, wszedł do pierwszej lepszej piramidy. Znalazł sarkofag i jak ta streczowa mumia ułożył się wygodnie, wyczekując lepszych czasów.

I leżałby tam po dziś dzień. Gdyby nie przyszło zlecenie.

- Chcą Kostium Suma – oznajmiła Blacky Jinowi.

- Pincet.

- Nie suma, Jin. Kostium Suma.

- Taki japoński dla grubasów?

- Nie. Mazurski. Kostium Suma – powtórzyła.

Jin zrozumiał. Kostium Suma.

Wszystkie wyszły.

- Co do jednego?

- Czekaj, sprawdzę w szafie. No jest jeden. Ale on jest dla mnie.

- To co zrobimy?

- Lord jest na urlopie. A tylko on może… no wiesz…

- Genialnie zaprojektować?

- W szczegółach.

- Cały…

- … Kostium…

- … Suma – dokończyła Blacky i zadumała się w dal.

- Czekaj, owinę się streczem – oznajmił Jin.

A pod koniec dnia, gdy Yorick wrócił wreszcie z konsumpcji PrinsPola w wersji EKO, machnęli wspólnie przetarkę i poszli patrzeć na fakturę.

Wtajemniczeni wiedzą, że faktura była wydrukowana na Kserksesie. Jednak nam nic do tego. Tu nasza dzisiejsza historia się urywa. Na pokrzepienie serc, niech wystarczy nam starożytny grecki czterowers wydrukowany pod Termopilami:

Życie, życie jest nowelą,

raz przyjazną a raz wrogą,

czasem chciałbyś się pożalić

ale masz to głęboko.”

Share to Google Plus

Tajemnice. Tajemniczość. Tajemność.

Ten świat jest pełen tajemnic. Które trzeba odkrywać. Albo wręcz przeciwnie – ukrywać. Tajemnice czyhają na nas w wielu miejscach. Również w Pewnej Agencji Reklamowej.

Przykładowo z jakiejś przyczyny Jin wychodził z Blacky za węgieł. Początkowo nikt na to nie zwracał uwagi. Jednakże po jakimś czasie zaczęło to być zauważalne. Codziennie punktualnie o godzinie 13.13, jak zdołał ustalić Yorick, Jin i Blacky nagle się ulatniali i szli na zewnątrz, za węgieł budynku. Znikali tam na dobre 15 minut.

Jin był przeciwnikiem PrinsPolo. Yorick miał w zwyczaju codziennie o 10.10 wychodzić za węgieł i dokonywać konsumpcji. Jin zawsze szydził z Yoricka, gdy ten szedł za węgieł jeść wafelka:

- Na jeziorze tafla a ja zjadam wafla.

Albo:

- Nie jedz PrinsPolo bo cię zęby rozbolo.

Albo:

- Lepsza Polipirynsa niż kawał PoloPrinsa.

Jednakże wszyscy dobrze wiedzieli co Yorick robił za węgłem. Jadł PrinsPolo. Nie było w tym żadnej tajemnicy.

Natomiast tajemnicą pozostawało to, co robili tam zawsze o 13.13 Jin z Blacky.

W końcu Spott zmontował peryskop. Połączył plastikowe rurki, powyginał je w odpowiednich miescach, tak aby sięgały od jego stanowiska pracy, przez cały pokój, korytarz, drzwi wyjściowe, dookoła budynku za docelowy węgieł. Domontował kółeczka, silniki, obiektyw zrobił z kawałka przezroczystej pleksy a przeguby z gumek myszek.

Pomyślną próbę wzierniczą wykonał w ubiegły czwartek. Misję tę ochrzcił kryptonimem Los Locos. W tym uroczystym dniu, dokładnie o 13.13 czasu Sandwitch za Jinem i Blacky Spott wypuścił swój peryskop.

Po pierwszej minucie odpadły pierwsze dwie dysze silników. Peryskop zmierzał w kierunku węgła. Jin i Blacky nie byli niczego świadomi. Misja przebiegała po myśli.

O 13.13 i 40 sekund Jin z Blacky dotarli do swojego tajemnego miejsca. Peryskop Spotta zaraz za nimi. O 13.13 i 55 sekund Spott siedząc na swoim stanowisku otrzymał pierwszą transmisję z tajemniczej, niezbadanej powierzchni za węgłem.

Oczom jego ukazały się dwie postacie pochylone nad ziemią. Stały obok siebie i patrzyły na coś, co błyszczało na trawniku.

Lord zwiększył zoom. Nakierował peryskop na obiekt. To był, to był…

- Sekret! – Spott aż podskoczył na siedzeniu.

- Yorick, to jest prawdziwy sekret!

- Co ty opowiadasz? – zdumiał się Yorick – Daj popatrzeć.

Tak, to był prawdziwy sekret.

Yorick spojrzał w peryskop i ujrzał wygrzebaną w ziemi dziurę, w niej dwie papierowe kulki złączone żółtą taśmą, bordową gumkę recepturkę, zielony worek śmieciuszek i kawałek wyrwanej kartki z notesu z jakimś napisem. Całość była przykryta przezroczystą pleksą.

- Normalnie Sekret! Ale Spott, tam jest jakiś napis – rzekł podekscytowany Yorick – Oni coś pokazują palcem.

- Pokaż! – Spott wyrwał Yorickowi peryskop.

Faktycznie, Jin z Blacky stali i pokazywali sobie palcami napis na kartce z notesu.

- Tam coś jest napisane! Wiadomość od starożytnych pokoleń! – rozszerzył oczy Spott.

- Przeczytaj! – krzyknął Yorick.

Spott odrzucił ostatnie dwa silniki od peryskopu, zwiększył ciąg i zoom i nakierował obiektyw centralnie na napis.

- OK. Wiadomość brzmi… I’m z… pleksy… and… and… and… I know it. I’m z pleksy and I know it! – odcyfrował Lord i spojrzał na Yoricka mrugając z oszołomienia oczami.

I'm z pleksy and I know it

 

Share to Google Plus

Nasz piec.

Nasz piec to osobna sprawa. Na przykład potrafi wyrwać zawleczkę. Z pieca. Wtedy zimno. Marzniemy.

Szymon musi włożyć zawleczkę i rozpalić na nowo. Szymon lubi rozpalać na nowo. Pełno tam węgla i dymu.

I tylko Szymona głos z piwnicy.

- Raz dwa, raz dwa, do-rzu-cam. Ciepło tam ta-ram tam będzie wam.

Lord Spott nie lubił rymowanek Szymona. Któregoś razu, po którymś tam-ta-ram, dobiegającym spod podłogi, Spott rzucił w stronę Yoricka gdy siedzieli obaj na górze:

- Szymon jest zdrożny. Skąd on bierze te rymy? Ja w jego wieku byłem już dawno ministrantem.

 Yorick udał, że nie słyszy głupawej wypowiedzi kolegi, aktualnie będąc zajętym rozszerzaniem modułu Specials w OpenCarcie. Możliwe, że Spott w wieku Szymona był już doświadczonym człowiekiem, być może był nawet harcerzem.

- A dwa lata później byłem harcerzem i ministrantem jednocześnie – dodał Spott.

 Ale nie to stanowiło istotę sprawy. Najważniejsze były efekty pracy.

- Najważniejsze są efekty pracy, Spott – zaczął nieśmiało Yorick – Możliwe, że Szymon swoje rymowanki bierze z…

- No właśnie, skąd on je kurna bierze?

- Podejrzewam, że ze starych masońskich periodyków i lekkiej beletrystyki, Spott – dokończył Yorick i spojrzał na Lorda znacząco.

- Myślisz?

- Tak właśnie myślę. Raz nawet widziałem jak przeglądał „Życie na bieżąco”.

- Życie na bieżąco powiadasz… No, ciekawe. Ale to nie zmienia postaci rzeczy. To dobry chłopak. Ale on jest zdrożny. No posłuchaj tylko.

- Brunatki, kamulki, ja wszystkie was węgielki wsypyyyyyyyywać chcę…! – doleciało do ich uszu spod podłogi.

 Yorick nie dawał jednak za wygraną.

- Najważniejsze są, tak jak mówię, efekty pracy, Spott. Nawet jeśli wyśpiewuje krzywe wierszyki przy rozpalaniu, to dzięki temu mamy ciepło w firmie. I dzięki temu jesteś w stanie usiąść na swoim stanowisku i zrobić komuś reklamę. I końcowo dzięki temu mamy zarobek, rozumiesz?

- Że niby efekt motyka, tak?

- Motyla.

- No, motyla.

- Dokładnie tak, Spott.

Spott zapadł w milczenie. W długie milczące milczenie. Jego twarz przybrała srogi wyraz, czoło zmarsowiało a nos lekko zesnickersowiał na czubku. Spott myślał.

Kontrowersyjna postawa Szymona już od jakiegoś czasu wyprowadzała go z równowagi. Ale w tymże momencie wszystkie przemyślenia na temat ich zdrożnego palacza skumulowały się w Lorda głowie w jeden pokaźny, pulsujący kłębek myśli. Dla ministranta to było dużo. Dla harcerza jeszcze więcej.

- Ja w jego wieku byłem ministrantem, harcerzem i dobrze zapowiadającym się podatnikiem. Widziałem fakturę – podsumował w końcu i tym samym zamknął temat.

W tej sytuacji Yorick nie miał nic do dodania. Trudno było dyskutować z byłym dobrze zapowiadającym się podatnikiem. A w dodatku takim, który miał do czynienia z fakturą.

 Szymon, choć nie uczestniczył w tej rozmowie, był w tym świetle jednak trochę zdrożny. Owszem, liczył się efekt jego pracy ale Spott widział fakturę.

- To jest mój efekt – dodał Lord – Mój efekt motyla. Ha!

- Motyla noga! – zaklął siarczyście zdrożny Szymon spod posadzki, gdy węgielki wreszcie buchnęły ogniem.

Epicki Piec

Share to Google Plus

- Ale nie widać poduszki wyraźnie.

- Jak nie widać?

- No nie widać. Ciapki jakieś rozmyte.

- Czekaj, przesunę projektor.

 Lorda Spotta irytowało to, że Jin musiał się do wszystkiego przyczepiać. Świeży projekt, pierwsze starania – wiadomo, że nie wszystko jest dopięte.

- Na ostatni guzik, Spott. Na ostatni.

- Dobra, dam trochę światła na ostatni. Nie marudź.

Spott dopiero rozpoznawał możliwości. Guziki miały być czarne i wytłuszczone, poduszki w ciapki. Cała kanapa w stylu lampart-grunge, z zawijasami i oldskoolem w klimacie. Z odległości trzech metrów i pod odpowiednim kątem wyglądało to nieźle. Projektor, choć zwykły, wykładowy, dawał radę jako źródło kolorowego światła i tekstur. Kanapa żyła.

Nawet Szymon chciał usiąść na teksturze.

- Nie siadaj, Szymon. Bo zepsujesz wszystko – upomniał Spott.

- To się ledwo trzyma – wyjaśnił Jin.

- Nie że się ledwo trzyma, tylko że kanapę przesuniesz.

- Przestawisz.

- Przestaniesz? – Spott fuknął na Jina, gdy ten nagle zaczął się ocierać o kanapę.

- Kręci mnie ten drapieżny pattern. Sorry. Zdrożna jest.

W zasadzie nie było nic zdrożnego w kanapie, jednak Jin koniecznie musiał. To było silniejsze. Jego mania ocierania się o przedmioty. Wszelkie. Byle zdrożne.

 - Otrzyj się o ploter – rzucił Szymon.

- Nie, ploter nie jest zdrożny. Nie znasz się. Laser jest zdrożny.

- Laser? W którym miejscu.

- Podwiązką.

Mało kto rozumiał Jina w jego manii. Nawet Blacky, która uciekała jak tylko Jin się zbliżał.

- Mało kto cię zrozumie, Jin.

- Nie musicie mnie rozumieć, wystarczy, że kanapa jest zdrożna – Jin już zaczął się kłaść – To jest moja Zofia.

- Kto?

- Zofia. Sofa Zofia – Jin leżał na kanapie. Wyglądał trochę jak z teksturą na czole, cały w ciapki i oldskoolowe zawijasy.

- Słuchaj, Jin – odezwał się Spott niskim nosowym głosem, który nie wróżył nic dobrego – Słuchaj, Jin. Albo zejdziesz z tej kanapy albo zawołam Yoricka. Wiem, że masz fobię na jego temat.

Mało kto rozumiał Jina w jego fobii. Jin uciekał jak tylko Yorick się zbliżał.

- Będzie lanie – mruknął Spott.

- Nie nie, chłopaki. To ja zejdę. I pójdę machnąć przetarkę. Dwa razy. Już dobrze.

- Zejdź. I stań obok. Nie ruszaj. Patrz, tak jak Szymon… Szymon? Gdzie jest Szymon?

 A Szymon już szykował się do wyczyszczenia obiektywu projektora.

 - O, jakiś pyłek jest… Zdejmę – wystawił palec.

- Nieeee. Szyyymon! – wrzasnął Spott.

 Za późno. Palec Szymona przestawił cały projektor wraz z obrazem o 180 stopni. Misterna konstrukcja zawijasków, sznurków, mocowań runęła. I wszystko od początku.

 Na szczęście zostało trochę ciapek na Jinie.

 - No i co…? – tryumfował Jin – I co teraz? Zatkało?

 Czasem dobrze jest się poocierać tu i tam.

Share to Google Plus
Sklep Olsztyn Kocham! Sklep Olsztyn Kocham